Ponad miesiąc zbierałam się, aby napisać ten post. Przejrzeć zdjęcia, wybrać najlepsze, obrobić je i zestawić… ale w końcu się udało. A zatem od początku…

W pierwszej połowie września pojechaliśmy do cudownej Chorwacji. Spędziliśmy tam okrągły tydzień. I na pewno tam wrócimy!Jechaliśmy samochodem, po drodze śpiąc w Bratysławie (która nas bardzo pozytywnie zaskoczyła). W Chorwacji, z polecenia koleżanki zamieszkaliśmy w miłym mieszkanku na wyspie Ciovo, w miejscowości Okrug Donji, w pobliżu uroczego miasteczka Trogir. Plażę mieliśmy dosłownie 2 minuty od domu, na tarasie rosła winorośl, a w ogrodzie mandarynki i cytryny (o tej porze roku jeszcze niedojrzałe).

Ponieważ był wrzesień, nie było już dzikich tłumów (juuuuupi jej!). Właściwie całe dnie spędzaliśmy na naszej żwirowej plaży, nurkując z maską i fajką (wszyscy, nawet niespełna czteroletni Miki!), łowiąc muszle po jeżowcach, piknikując.

 

 

 

 

Widok z tarasu naszego mieszkania, winogrona na wyciągnięcie ręki…

 

 

 

 

Popołudniami robiliśmy wypady do okolicznych miast. Obowiązkowym punktem programu jest starożytny Split z uroczymi krętymi uliczkami.

 

 

 

 

 

Najczęściej jeździliśmy do pobliskiego Trogiru, położonego około 20 minut od naszej kwatery. To zresztą moje ulubione miasteczko. Mieści się na wyspie, jest niewielkie i PRZE-U-RO-CZE! Byliśmy tam kilkakrotnie i nie mam dość…

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeden dzień, po porannym plażingu, spędziliśmy prawie w całości na wycieczce do wodospadów Krka. Należy dojechać do miejscowości Skradina, która bardzo mnie pozytywnie zaskoczyła. Kolejne śliczne miasteczko.

 

 

Statkiem popłynęliśmy do wodospadów.

 

Na miejscu można spędzić w zasadzie cały dzień, zależy jakie atrakcje chcemy zobaczyć. My wybraliśmy pakiet podstawowy, że się tak wyrażę, czyli główny wodospad. Można się wykąpać w jego pobliżu, a potem, specjalnymi kładkami przejść się wokół prześlicznych, turkusowych sadzawek, z których co rusz wypływa wodospad. Uwaga: podejrzewam, że w sezonie może być niezła masakra… Nawet we wrześniu było bardzo dużo ludzi, strach wyobrazić sobie szczyt sezonu…

 

 

 

 

 

Ja jestem oczarowana Chorwacją. Mili ludzie, przepiękne krajobrazy i przyroda, świetne jedzenie (ach te kalmary, ach ta pizza!). Perfekcyjna mieszanka słowiańskości z włoskim klimatem. Na pewno tam wrócimy.

Te wakacje zapamiętam na długo. Bardzo mi odpowiada urlop organizowany na własną rękę, moim zdaniem o niebo lepszy niż „pakietowy”, wykupiony w biurze podróży. On też ma oczywiście swoje niepodważalne zalety – przede wszystkim taką, że absolutnie o nic nie musimy się martwić, wszystko gotowe, podane na tacy. Ale ja wolę mieć to poczucie wolności, nawet za cenę gotowania obiadu i sprzątania po nim 🙂  Nie zarzekam się, że nie skorzystam z wakacji z biura podróży, ale zdecydowanie wolę sama zająć się organizacją. Oczywiście są też kraje, gdzie lepiej nie jechać na własną rękę i lepiej zaufać sprawdzonemu tour-operatorowi.


Zalety takiego podróżowania? 

Po pierwsze: Podróżując autem poznajesz świat, masz większą świadomość tego, że się przemieszczasz, obserwujesz zmianę krajobrazu, klimatu. Ponadto można zwiedzić po drodze coś ciekawego. Oczywiście nie wykluczam podróżowania samolotem, czasem inaczej nie da się dostać do wybranego miejsca. No i jest bezpieczniejszy.


Po drugie: Poznajesz lepiej klimat zwiedzanego kraju, dzięki wynajmowaniu mieszkania w dzielnicach zamieszkanych przez lokalnych mieszkańców, zamiast spędzać czas w odizolowanym hotelu, położonym z reguły w oddaleniu od miasta hotelu.

Po trzecie: Czujesz się panem własnego losu, a nie pionkiem, który ślepo korzysta z atrakcji oferowanych przez resort, niejednokrotnie grubo przepłacając.


Po czwarte: Masz okazję spróbować naprawdę lokalnych specjałów, a nie takich przyszykowanych przez kucharzy hotelowych pod gust turystów.

Po piąte: jak się dobrze zorganizujesz, to takie wakacje są tańsze!

Jak wolicie podróżować? Ja widzę zalety obu opcji, ale dzisiaj wariant wakacji organizowanych samodzielnie zdecydowanie bardziej mi odpowiada.

Uściski!
Magda