W końcu wiem, do czego służą kapary!!! Wielokrotnie się z nimi spotkałam, ale nigdy specjalnie mi nie smakowały. Aż do naszych wakacji na Malcie… Ale po kolei.

Tegoroczny urlop spędziliśmy na przepięknej Malcie. Mam nadzieję, że wkrótce wrzucę szerszą relację, ale na pierwszy ogień idzie zajawka kulinarna. Jedzenie na tej malutkiej  śródziemnomorskiej wyspie (28 km długości na 14 km szerokości) jest proste, niewyszukane, świeże i bardzo smaczne!

Dominują owoce morza, w tym tuńczyk i ośmiornica, ale sami mieszkańcy chyba najbardziej dumni są z potrawki z królika.  Na szybką przekąskę Maltańczyk wpadnie do tzw. pastizzerrii, gdzie kupi pizzę (często z oliwkami), pyszne tarty ze szpinakiem i ricottą czy duże pieczone pierogi nadziewane tuńczykiem z warzywami. Pyszne i sycące, w dodatku za przyzwoite pieniądze – około 1,5-2 euro.

Jeśli chodzi o restauracje, to mamy doświadczenie tylko z jedną, w naszej wsi. Zamieszkaliśmy w okolicy Mdiny i Rabatu, w miejscowości o nazwie Bahrija. Okazało się, że to straszne wygwizdowo jak na Maltę :), ale były tam 4 restauracje, spośród których upodobaliśmy sobie jedną, o wdzięcznej nazwie „North Country Restaurant & Bar”.  Jak większość knajp na Malcie, otwierała się wraz z zachodem słońca, czyli około godziny 19.00. Nieopodal znajdował się plac zabaw, gdzie nasze pociechy dawały upust energii pod naszym czujnym okiem, ale w dobrej odległości, tj. w takiej, która umożliwiała nam swobodną rozmowę.

Parę słów o menu – było bardzo proste, zawierało max 10 pozycji, za to karta win ciągnęła się przez kilka dobrych stron. Zamówić można było między innymi spaghetti, koninę, królika, piersi z kurczaka, ślimaki (!), rybę dnia i ośmiornicę. Opisane bardzo lakonicznie, w zasadzie jak powyżej 🙂 Trzeba było się dopytać, jak są podawane. I na pewno wszystko z frytkami, na szczęście takimi domowej roboty.

Uwaga – zawsze dostaliśmy więcej, niż oczekiwaliśmy! Zamawialiśmy z reguły danie główne i napoje. I się zaczynało! Wino domowe – spory kieliszek wypełniony po brzegi (2 euro). Ice tea – pół litra (1,20 euro). Na początek zawsze wjeżdżała obłędna zakąska, i to jej w zasadzie poświęcony  jest ten wpis. Był to rodzaj salsy pomidorowej, ale o wyjątkowym smaku, jakiego wcześniej nie miałam okazji kosztować, podawana z pieczywem. Potem  na stoliku nakryj się pojawiała się kolejna zakąska – krakersy, ser podobny do fety i przepyszna pasta, prawdopodobnie tzw. bigilla, czyli pasta z suszonego bobu – równie obłędna co salsa. Potem oczywiście danie główne (10-17 euro), które trudno przejeść, a na koniec arbuz i orzeszki ziemne w łupinkach. Odjazd kulinarny, mówię Wam!

Moje serce jednak skradł maltański sos pomidorowy i to jego właśnie smak spróbowałam odtworzyć natychmiast po powrocie. Analiza smaku podczas konsumpcji wykazała, że są tam na pewno: pomidory, cebula, kapary i oliwki. Po powrocie próbowałam znaleźć przepis w internecie, ale żaden mi nie pasował! Z reguły były w nim bakłażany czy np. seler naciowy, a w tym serwowanym w „North Country” NA PEWNO nie było takich składników.

Cóż nie zostało mi nic innego jak samemu go przyrządzić metodą prób i błędów. I oto udało się mi zbliżyć do oryginału.

Uwierzcie mi, jest PRZEPYSZNY! Myślę, że można go podawać z wieloma daniami, np. z rybą czy mięsem jako sos, albo jako dodatek czy nawet sałatka do dań głównych (bo to ni sałatka, ni sos, szczerze mówiąc). Ja na razie go pałaszuję tak, jak na Malcie – czyli z grillowanym białym pieczywem.

No dobra, do rzeczy, odkrywam wszystkie karty!

MALTAŃSKI SOS POMIDOROWY Z KAPARAMI

SKŁADNIKI:

4 spore pomidory

1 czubata łyżka kaparów

1  czubata łyżka pokrojonych zielonych oliwek (około 10 sztuk)

1 czubata łyżka pokrojonych zielonych oliwek  (około 10 sztuk)

1/2 średniej cebuli drobno pokrojonej

1 posiekany/zmiażdżony ząbek czosnku

2 łyżki przecieru pomidorowego

5 łyżek oliwy

sól pieprz do smaku

 

WYKONANIE

Pomidory nacinamy na krzyż od spodu, zalewamy wrzątkiem, zostawiamy na parę minut, odlewamy wodę i obieramy ze skórki. Pozbawiamy gniazda i kroimy w kostkę ok. 1 cm. Przekładamy do miski i uwaga, bardzo ważne – zlewamy sok do kubeczka i z apetytem wypijamy. Gdybyśmy tego nie uczynili, sos byłby za rzadki i pieczywo by za szybko rozmiękało. I tak rozmięknie, ale w sposób bardziej kontrolowany 🙂 Dodajemy kapary, oliwki zielone i czarne (można bez czarnych, ale zielone muszą być!), cebulę, czosnek, oliwę, sól i pieprz, po czym łączymy wszystko w misce. Najpierw dałam tylko te składniki i czegoś zdecydowanie brakowało!!! Przypomniałam sobie, że pieczywo było posmarowane czerwoną pastą. Założyłam, że to przecier i okazało się, że miałam rację! Dopiero on nadał sosowi głębi i takiej aksamitności.

Sos podawać z tostowanym  białym pieczywem jako przekąskę lub samodzielne danie.  Mam wrażenie, że ryba, którą zamówiłam była duszona w tym samym sosie 🙂

Uwaga – jak zwykle u mnie proporcje są dość elastyczne, zwykle robię wszystko na tzw. oko.

Danie jest bardzo proste, ale też w jego prostocie tkwi smak i siła. No i w kaparach, bo wszak bułkę z pomidorami, cebulą i oliwą znamy chyba wszyscy! Dla mnie to pierwszy raz, gdy kapary miały swoje uzasadnienie, a nawet były nieodzowne. Polecam i obiecuję, że pierwsza porcja sosu zniknie jak sen jaki złoty 🙂

PS. Czy możecie mi podpowiedzieć, do czego wykorzystujecie kapary?