O noc morskiej drogi z Gdyni leży inny świat. Trochę jakby czystszy, spokojniejszy, mniejszy? Mniej spięty?  Mowa oczywiście o Szwecji. Często się zastanawiam, jak to możliwe, że mieszkańcy sąsiednich krajów mogą się tak różnić. Wiem, wiem, względy historyczne, ekonomiczne, geograficzne… Ale jednak, przecież nie żyjemy na innym kontynencie, czy w innej szerokości geograficznej, a jesteśmy tak inni. Choć wiele nas łączy także.

Dużo to ja tej Szwecji się nie naoglądałam, bo spędziliśmy raptem jeden dzień w uroczej Karlskronie 🙂 Ale takie są moje wrażenia. W Karlskronie byłam drugi raz i muszę przyznać, że tym razem zrobiła na mnie dużo lepsze wrażenie niż 10 lat temu. Ale po kolei.

Pewnie ze dwa miesiące temu w galerii handlowej pracownicy Steny zachęcali do wybrania się w rejs. Cena była na tyle atrakcyjna dla naszej czwórki, że się zdecydowaliśmy. Tu dygresja – tak, tak, teraz wszystko x 4…  Ech… 🙂  Single i bezdzietni – podróżujcie, ile wlezie póki tanio!  Za dwoje dorosłych i dwoje dzieci zapłaciliśmy za sam rejs w tę i z powrotem raptem 218 zł. Nie było się co zastanawiać! Scenariusz był taki: z Gdyni wypływamy w czwartek o 20.30 (na odprawę należy stawić się godzinę wcześniej), jesteśmy w Karlskronie około 9 rano w piątek. Po śniadaniu jedziemy na wycieczkę do Karlskrony, po czym wracamy na prom, który odpływa o 19.00. Powrót do Gdyni w sobotę około 7 rano.

Dzieci od dobrego tygodnia codziennie pytały kiedy płyniemy. Były tym bardziej podekscytowane, że jechaliśmy ze znajomymi, których dzieci przyjaźnią się z naszymi i vice versa. Namawiały się co zabiorą, co będą robić, jak często się odwiedzać, itp. itd.  No i w końcu nadszedł ten dzień.  Zapakowaliśmy się na olbrzymi prom. Dzieci były zachwycone dosłownie wszystkim. Oczywiście zaklepały spanie u góry w naszych czteroosobowych kabinach. Biegały roześmiane od kajuty do kajuty (które zresztą były identyczne). Szybko zostawiliśmy bagaże i poszliśmy na zewnątrz podziwiać widoki przy odpływaniu. Gdynia pożegnała nas tak:

Potem poszliśmy zwiedzać statek wewnątrz i zjeść kolację. Zamówiliśmy wcześniej posiłki w restauracji Food City – to ta bardziej ekonomiczna opcja. Za naprawdę sycące, choć niezbyt wyszukane danie zapłacimy 25 zł. Do sklepu wolnocłowego tym razem nie zdążyliśmy, bo jest czynny do 22.30. Dzieci chciały się bawić (balangować, jak to mówiły – naprawdę nie wiem skąd to wzięły!), poszliśmy więc na plac zabaw. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego, wyglądał pustawo, jakby w nim nie było za wiele atrakcji, ale okazało się, że jest inaczej. Dzieci spędziły tam dobre dwie godziny nie nudząc się ani chwili, w przerwach biegając pograć do salki obok w kinecta. A my, cóż, mając dobry widok na nie, zdecydowaliśmy się na drinka. Z baru obok dobiegała muzyka na żywo, bardzo przyzwoita. No, ale jeśli chcieliśmy zwiedzać, to czas było iść spać!

O 7.00 rano obudził nas Rod Stewart nieśmiertelnym hitem „I am sailing”. I tak jeszcze 2 x, co pół godziny 🙂 Szwecja powitała nas dość dobrą pogodą. To znaczy, że nie padało. Biorąc pod uwagę aurę ostatnio, to wielki sukces. Po smacznym śniadaniu w formie bufetu (również zamówionym wcześniej – dorośli 32 zł, dzieci 16 zł) zeszliśmy na ląd. Zdecydowaliśmy się na wycieczkę z przewodnikiem (50 zł dorosły, 40 zł dzieci). Trafiliśmy na uroczą panią Weronikę, która naprawdę ciekawie opowiadała. Wycieczka przewidziana była na 3 godziny, potem czas wolny.

Do Karlskrony z terminala jedzie się około pół godziny. W tym czasie dowiedzieliśmy się sporo ciekawostek o Szwedach (są bardzo punktualni, mają hopla na punkcie równości) i Szwecji (od niedawna liczy 10 mln mieszkańców, jest większa od Polski), jak również o samej Karlskronie (choćby tego, że jest wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO i leży na 33 wyspach).  Pierwszym przystankiem był punkt widokowy Bryggareberget, z którego można podziwiać panoramę miasta. Na szczycie wzgórza znajduje się wieża ciśnień z wymalowaną koroną (Karlskrona znaczy korona Karola).

Widok jest o tyle ciekawy, że widać wyraźnie, iż miasto leży na wielu wyspach-wysepkach. To niesamowite, bo wszędzie jest woda, jakby zbudowano kanały! Dzięki temu wiele domów może stać nad wodą, z zaparkowaną łodzią u frontu – rzadki luksus w naszym kraju.

Następnie udaliśmy się na targ rybny, gdzie już nie handluje się ponoć rybami, ale za to stoi posąg rybaczki i oczywiście jest marina (jak wszędzie, gdzie się spojrzy :))

Kolejny przystanek – mój ulubiony, który i 10 lat temu ogromnie mi się spodobał, czyli najstarsza dzielnica w mieście. Björkholmen, bo tak się nazywa, niegdyś była siedzibą najbiedniejszych, dziś jest bardzo prestiżową lokalizacją. Podobno nikt tych domków nie sprzedaje, tylko się je dziedziczy. Jest przeurocza. Poniżej kolaż moich zdjęć, bo nie umiałabym z któregoś zrezygnować 🙂

Nie odmówię sobie jednak kilku moich ulubionych w większym rozmiarze:

Zobaczyliśmy jeszcze Kościół Admiralicji (tylko z zewnątrz, bo jest zamknięty), w typowej dla Szwecji czerwieni faluńskej (czyli z dodatkiem brązu), z figurą-skarboną Matsa Rosemboma, z którym wiąże się legenda. Na zdjęciu dzieci zdejmują mu kapelusz, bo pod nim właśnie znajduje się szpara na pieniądze.

Obok kościoła znajduje się urocza rzeźba, podobno najmniejszy posąg świata – krasnoludek uciekający z książki – inspirowana powieścią Selmy Lagerlof „Cudowna podróż”.

Przemieściliśmy się na rynek. Tam obejrzeliśmy protestancki Kościół Trójcy Świętej. Muszę przyznać, że ogromnie się mi spodobał. Taki wyciszony, stonowany, nierozpraszający, sprzyjający skupieniu.

I uwaga, coś niesamowitego… Takie rzeczy tylko w Szwecji – przewijak w kościele!!!

Z zewnątrz gmach kościoła wygląda tak:

Na deser zostało nam Muzeum Morskie. To był prawdziwy hit!!! Niesamowite. Dobrym wyznacznikiem będą tu dzieci – a te nie nudziły się ani chwili!!! Można tam zobaczyć, jak wygląda miasto przez peryskop, jak wyglądało życie na statku wojennym, jak się robi powrozy, jak się kiedyś nurkowało… Można także powiosłować na galerach, zestrzelić wrogi okręt, przymierzyć hełm nurka… i wiele więcej.

 

Na koniec nasza przewodniczka pokazała nam przepiękną kolekcję galionów, czyli figur dziobowych. Autentycznych!

W sali galionów pani przewodnik pożegnała się z nami, a my poszliśmy zwiedzać dalej. Okazało się, że w muzeum można wejść do prawdziwej ŁODZI PODWODNEJ!!! Uwaga, łatwo przeoczyć tę wystawę, a jest genialna. Wchodzi się do niej tuż za szatnią i sklepem z pamiątkami. Powiem szczerze, że miałam ciary, gdy wchodziłam do PRAWDZIWEJ łodzi podwodnej. Była tak ogromna, że trudno ją sfotografować. Tę mniejszą, czerwoną udało się uchwycić w całości. Nie udało mi się oddać klimatu wewnątrz łodzi, ale uwierzcie, to niesamowite przeżycie.

W muzeum zjedliśmy także doskonały obiad. Serdecznie polecam to miejsce, gdzie serwuje się tradycyjną kuchnię szwedzką w formie bufetu (w końcu jesteśmy w Szwecji). Na początek polecam zimne przekąski – śledzie na kilka sposobów, sałatki, pasty o różnych smakach. Potem na ciepło – placki ziemniaczane z sosem grzybowym lub gulaszowym, coś a la nasze pyzy lub zeppeliny, śledzie smażone, klopsiki szwedzkie, do tego ziemniaczki na parę sposobów, żurawina, ach, coś pysznego!!! Dorosły w tygodniu zapłaci 100 koron, dziecko 70. W cenie piwo lub woda, oraz kawa.

Do odjazdu autobusu na prom zostało nam około trzech godzin. Pochodziliśmy po mieście, podziwiając takie widoki:

Wybraliśmy się także na „bezludną wyspę”, do której prowadzi kładka za targiem rybnym.

Musieliśmy także pójść na kultowe lody w kawiarni przy rynku. Są zaiste przepyszne, a porcje gigantyczne. Co mnie osobiście zresztą ogromnie irytuje, albowiem lubię próbować różnych smaków, a w ichniejszej porcji na moje oko zmieściłoby się 5 polskich gałek. Jak dla mnie to pojedyncza porcja jest porcją familijną 🙂

Cóż, czas wracać na prom… Ostatni autobus odjeżdża o 17.23. Przy przystanku znajduje się ABSOLUTNIE GENIALNY plac zabaw. Z pełną świadomością stwierdzam, że najlepszy, jaki w życiu widziałam. I znowu, na pierwszy rzut oka nic ciekawego, po czym okazuje się, że oferuje mnóstwo niespodzianek. No i ten design eko…

Wyszliśmy na pokład pożegnać Szwecję.

Wieczorem scenariusz był taki sam jak poprzedniego dnia. Nie wiem, skąd dzieci brały tę siłę! Nawet potańczyły na parkiecie… Około 23.00 udało się nam je zwabić do kajuty, a już o 5.30 znowu śpiewał nam Rod Stewart… Oj, ciężko było wstać, a dobudzić dzieci jeszcze ciężej 🙂

Gdynia powitała nas deszczem. Ja oczywiście poszłam na pokład z aparatem. Niesamowite jest oglądać to, co się tak dobrze zna, z innej perspektywy.

Słyszeliście o tym norweskim statku, co to na niego spadł dźwig i zatonął? Udało mi się go zobaczyć na własne oczy! To ten niebiesko-biały, leżący na boku, w centralnej części zdjęcia:

W ciągu tych niespełna 36 godzin wrażeń było tyle, że zdaje się, iż wycieczka trwała 5 dni! Jesteśmy bardzo zadowoleni, powiem szczerze, że było lepiej, niż zakładałam (a nie zakładałam, że będzie źle :)).  Aspekt ekonomiczny jest również istotny: za tę przyjemność zapłaciliśmy 594 zł ZA CAŁĄ RODZINĘ (bilety w obie strony, 4 kolacje, 4 śniadania, wycieczka z przewodnikiem dla 4 osób) + to, co wydaliśmy w mieście. Uważam, że za taką dawkę emocji i wyjazd za granicę to naprawdę niewiele. Ja zdecydowanie Wam polecam taką opcję! Waszym zdaniem warto?

Jeśli macie jakieś pytania, zadawajcie je proszę w komentarzach, na pewno odpowiem.

Uściski!