Już od paru tygodni zbieram się, aby pokazać Wam moje nowe lampy w kuchni. W ramach wiosennego „refreszingu” wymieniłam lampy nad barkiem kuchennym, abażur w lampie stojącej i zasłony na lżejsze. Postanowiłam uwiecznić zmiany. W domu panował względny ład 🙂 Chwyciłam za aparat… I wszystko wyszło jak szydło z worka! Niby to wiedziałam, ale tu jest wszystko jak na dłoni. Otóż wnętrza, tak jak i ludzi, przygotowujemy do zdjęcia ze szczególną starannością. Tak jak na zdjęciu portretowym chcemy widzieć najlepszą wersję nas, tak na zdjęciu wnętrza widzimy najlepszą odsłonę tegoż. Nie mówię o takich ekstremach, jak sterta ciuchów czy nieumyte gary w zlewie (co też się zdarza, spójrzcie na oferty sprzedaży nieruchomości, załamka normalnie…), ale także przygotowanie go stricte pod zdjęcie. I zarzut, że tak nie jest w rzeczywistości jest zarzutem z d…y. Tak samo można zarzucić, że Ty w makijażu i pięknej pozie to nie Ty, bo na co dzień tak nie wyglądasz.
Koleżanka, która zajmowała się nieruchomościami, opowiadała mi, jak musiała zrobić zdjęcie łazienki w mieszkaniu na sprzedaż. Pół biedy, że nie była specjalnie sprzątnięta. Ale na suszarce pod sufitem suszyła się damska bielizna, w stylu reformy babci Jadzi. Właścicielka KATEGORYCZNIE odmówiła zdjęcia galotów, motywując swą wypowiedź, że takie jest życie i tak wyglądają domy zwykłych ludzi… No śmiech przez łzy.
No dobra, do rzeczy. Lampy wcześniej były czerwone, ale mi się znudziły 🙂 A ponieważ kocham szałwiowy, miętowy i ich odmiany, wybór padł na lampy FOTA z Ikei. No i ta cena.. Zdecydowałam jednak, że dwie zielone to za dużo szczęścia i jedna jest beżowa. Poniżej zdjęcie po uprzątnięciu chaosu wizualnego…
A tu przed. Do zdjęcia powyżej zdjęłam rzeczy z blatu, ścierkę i magnesiki z piekarnika oraz z wieszaczka po lewej (wisiały na nim torebka, fartuchy i fartuszek do prac ręcznych).
Inne ujęcia po usunięciu zbędnych rzeczy – kartonu z sokiem, lekarstw…

Przed:

Jak patrzę na to zdjęcie powyżej, to mam wrażenie totalnego rozgardiaszu! A uwierzcie mi, na co dzień tego się nie widzi! Zasadą jest, że do zdjęcia zostawiamy kilka przedmiotów, i to tych najładniejszych. Reszta won z kadru! Do tego świeże kwiaty czy owoce – robimy makijaż wnętrzu.

Poniżej wspomniany abażur. Też był czerwony. Pokazywałam go kiedyś  TUTAJ.

I na deser parę migawek z życia dzieci. Dziergana sówka, Mariposa i półnaga Arielka… Niezła ekipa,co? A co ciekawe, Maja uwielbia się bawić i hipsterską sową, i wychudzonymi princessami..;)

Poniżej na lampie korona projektu Mai… Dla mnie bomba! 🙂

Dzieci bardzo lubią bawić się rozkładanym domkiem. Można w nim ustawiać dowolnie mebelki. Co ciekawe, Miki chyba nawet więcej czasu spędza na zabawie w urządzanie domku. 

To tyle na dziś… Bardzo Wam dziękuję, że do mnie zaglądacie.
Serdeczności!
Magda